| ARCHIWUM PRASOWE |
| Obchodziłby jutro 155. urodziny. |
Gdyby żył, obchodziłby jutro... 155. urodziny. Nikt oczywiście nie żyje tak długo - chyba że w pamięci kolejnych pokoleń. Tak jak Leon Wyczółkowski, wybitny polski artysta przełomu XIX i XX w., który dzięki Poznaniowi odnalazł swoje miejsce na ziemi - wieś Gościeradz na skraju Borów Tucholskich.
W 1922 r. Wyczółkowski przekazał swoją cenną kolekcję Muzeum Wielkopolskiemu w Poznaniu (tak wtedy nazywało się Muzeum Narodowe). Większą jej część stanowiły tkaniny i ceramika, nie brakowało też słynnych drzeworytów japońskich, prac własnych i prac innych artystów polskich. W podzięce za hojny dar poznański Wydział Krajowy (rodzaj ówczesnego samorządu wojewódzkiego) ofiarował artyście resztówkę w Gościeradzu koło Bydgoszczy, który szybko stał się wymarzoną przystanią artysty. W tej małej wsi spędził ostatnie lata swego życia. "Chcę umrzeć jak ptak strzelony w locie" - mawiał. Los sprawił, że śmierć miał taką, jak sobie wymarzył. Odszedł niespodziewanie, pierwszego dnia po świętach Bożego Narodzenia - podczas pobytu w stolicy, do której przyjeżdżał z Gościeradza, aby prowadzić "szkołę grafiki" w Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Miał 84 lata.
Herkules w kapeluszu
Mieszkańcy miasta pamiętali wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, który przechadzał się ulicami miasta w długim płaszczu i odpowiednio dobranym kapeluszu, z nieodłączną laseczką w ręku. Zazwyczaj zmierzał w stronę kawiarni - lubił przy kawie spotykać się ze znajomymi. A miał ich sporo. Nigdy nie stronił od towarzystwa, ludzie przeszkadzali mu tylko wtedy, kiedy pracował.
Kiedy dostał dworek w Gościeradzu, miał 70 lat. Na początku zjeżdżał tu latem, na zimę wracał do Poznania (miał tu mieszkanie i pracownię). Gdy dobiegał osiemdziesiątki zaczął spędzał w dworku większość czasu. Z wyjazdów oczywiście nigdy nie zrezygnował. Był niespokojnym duchem. Jednak Gościeradz działał na niego jak balsam. "Można tu malować 30 lat" - notował. "Rano: łąka z koronami sosen dwa razy. W nocy przy oświetleniu księżycowym. Co za przepyszny motyw, ciemność, groza. Zdaje się - oko wykol. Ciemne cisy na tle zieleni i na tle jeziora".
Cudowne miejsce
W owym okresie jego najbliższym przyjacielem był Kazimierz Szulisławski, nadleśniczy w Borach Tucholskich. Wiele lat młodszy od "Wyczóła", towarzyszył mu w ciężkich chwilach. W leśniczówce Szulisławskich artysta czuł się jak u siebie. Niejednokrotnie przyjeżdżał tu z własnymi gośćmi, nierzadko z kobietami, do których miał słabość. Szulisławski był z artystą do końca. Kiedy "Wyczół" umierał, bez namysłu przyjechał do Warszawy. Było Boże Narodzenie - w domu została żona i dzieci...
Nadleśniczy często towarzyszył artyście w jego wędrówkach po Borach. "Wyczół" szczególnie upodobał sobie miejsce, które nazywał "Świętym Gajem" - to znany w Europie rezerwat cisowy w nadleśnictwie Wierzchlas. W "Świętym Gaju" przebywał artysta wiele razy - wspomina Szulisławski - zawsze do niego tęsknił, czule witał, a jeszcze czulej się z nim żegnał. Sama myśl, o wyjeździe do rezerwatu wywoływała u Wyczółkowskiego dziwne podniecenie.
Bywało, że artysta malował od rana do wieczora, nie można go było oderwać od pracy nawet na posiłek. Prace kończył na miejscu albo - traktując je jako studia - opracowywał lub przerabiał graficznie w swojej pracowni w Poznaniu lub Gościeradzu. "Święty Gaj" sprawił, że powstało ponad sto prac artysty, wykonanych przeważnie kredą i tuszem. Kredą i tuszem malował jeszcze, mając 83 lata. Wtedy właśnie portretował jeden z najpotężniejszych dębów na Pomorzu. Niestety, upadł pod drzewem i od tej pory z trudem już władał prawą ręką.
Frania na dobre i złe
Wyczółkowski ożenił się z o wiele od siebie młodszą chłopką z podkrakowskiej wsi. Zanim Franciszka została panią Wyczółkowską, przez 20 lat była w domu artysty służącą i gosposią. Mimo że była niewykształcona i niezbyt urodziwa, artysta był do niej bardzo przywiązany. I chociaż nie stronił od innych kobiet i przygód - zawsze wracał do swojej Frani. Zawsze czekała - troszczyła się o niego jak o dziecko. Być może przelewała na męża te wszystkie uczucia, którymi mogłaby obdarzyć własne dzieci. Gdyby je miała. Wyczółkowskim jednak nie urodziło się żadne dziecko. Artyście chyba bardzo dzieci brakowało - wielką sympatią darzył potomstwo swoich znajomych i przyjaciół. Do żony zwracał się zawsze jak do najwierniejszego przyjaciela, pisywał do niej serdeczne listy. Ona natomiast odpłacała mu opiekuńczością. Czasami, żeby o niego zadbać, musiała uciekać się do podstępu. Raz - a miał już wtedy "Wyczół" ponad 80 lat - udawała ciężko chorą, nawet położyła się do łóżka. Wszystko po to, aby zatrzymać artystę w domu. Był wtedy bardzo przeziębiony, ale uparł się, żeby jechać do Warszawy, na zajęcia ze studentami. Na nic się zdały przekonywania, że najpierw musi wyzdrowieć. Sprytna żona, sama zaczęła niedomagać - a bez niej wtedy już się nie ruszał.
Ale niepodobny!
Czy można sobie wyobrazić, że artysta uchodzący za znakomitego portrecistę, wątpi w swój talent? A jednak! Kiedy Marian Turwid, malarz związany z Bydgoszczą, zapytał Wyczółkowskiego, dlaczego w Gościeradzu zaprzestał malowania portretów, ten odparł mu bez namysłu: "Bo to zbyt trudne". I na dowód opowiedział historię, która zdarzyła mu się kiedyś na Ukrainie. Po śmierci swego przyjaciela, zaczął malować jego portret - trochę z pamięci, trochę ze zdjęć. Kiedy obraz był ukończony, między artystą a żoną zmarłego powstał spór o podobieństwo portretu do oryginału. Oboje postanowili, że problem rozstrzygnie najbliższy sąsiad zmarłego. Zaprosili go na niedzielny obiad. Obraz został ustawiony w salonie na wprost wejścia. Sąsiad wszedł, stanął na progu jak wryty i stwierdził: "Franek". Po czym dodał: "Ale niepodobny!".
Wyczółkowski miał odwagę przyznać się do sfuszerowanej, według niego, roboty, a przecież nie zdarzała mu się tak często. Stworzył portretów bez liku - pozowali mu najbardziej znani ludzie epoki, przyjaciele, niektórzy nawet parokrotnie. Chętnie portretował też siebie i to w różnych okresach swego życia.
Gościeradzkie niedole
Mieszkanie w gościeradzkim dworku miało też swoje ciemne strony. Artysta miał nieciekawych sąsiadów, a podwórko i budynki gospodarcze nie należały do niego - co przysparzało dodatkowych kłopotów. Któregoś dnia latem w budynkach gospodarczych sąsiada wybuchł groźny pożar (prawdopodobnie sąsiad sam je podpalił, w nadziei na uzyskanie odszkodowania), ogień przeniósł się na oborę i stajnię artysty. Panowała susza, sadzawka w ogrodzie wyschła, studnia była właśnie naprawiana, a najbliższy telefon o kilka kilometrów od dworku. Wyczółkowskich uratował zdrowy rozsądek i energia siostrzeńca żony artysty, który przebiegł parę kilometrów do Wtelna, a stamtąd zatelefonował do Bydgoszczy po straż pożarną. Ponieważ artysta był w dobrych stosunkach z prezydentem miasta - na osobiste polecenie tego ostatniego natychmiast wyjechał wóz strażacki - pożar udało się ugasić.
Uciążliwi sąsiedzi nie byli jedynym zmartwieniem artysty. Osobny problem miał z... więźniami. Wyczółkowski skorzystał z rady któregoś ze swoich znajomych i wynajął ziemię więzieniu w Koronowie. Widok więźniów i ich ustawiczne kradzieże sprawiały, że niejednokrotnie popadał w depresję. Najbardziej odchorował śmierć swojego psa Zbójnika, którego więźniowie zakłuli w nocy widłami. Dworku w Gościeradzu nie chciał jednak opuścić, bo nigdzie - jak twierdził - nie było piękniejszego miejsca. Przy pomocy Szulisławskiego przygotował projekt nowego domu, który stanął w miejsce drewnianego dworku. Był murowany i podobny do starego.
Dom bez drzwi
Artysta ciągle opuszczał dworek w pogoni za nowymi wrażeniami. Chciał mieć swoje miejsce, ale niespokojny duch ciągle go gdzieś gnał. Po krótkim namyśle (chociaż nie był już wtedy najmłodszy) przyjął posadę profesora kontraktowego Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, którą zaproponował mu ówczesny rektor - Tadeusz Pruszkowski. Objął katedrę grafiki. Odtąd często porzucał Gościeradz i gnał do Warszawy, do swoich studentów. Zazwyczaj towarzyszyła mu żona. Czuwała, żeby się nie przemęczał, dobrze jadł - zresztą malarz lubił smacznie zjeść - i ciepło się ubierał. Artysta pozwalał żonie na taką troskę, często na ten temat dowcipkował. Wyczółkowska np. nie pozwalała mężowi zapalić papierosa, twierdząc, że to go zdenerwuje. Znajomy artysty spytał go, czy rzeczywiście będzie zdenerwowany. "Wyczół" ze spokojem odparł: - Ja nie, ale moja żona!
Każdy, kto odwiedzał Gościeradz, zauważał, że w domu nie było drzwi. Malarz ich nie znosił. Jeden pokój od drugiego oddzielała kotara - właściwie nie było granic między przedpokojem a sypialnią. Wszędzie zalegały obrazy. Na sztalugach stały kwiaty, które kochał. Najbardziej kaczeńce - malował je w różnych wariantach, najczęściej na szarym tle.
Wrócić do domu
Wyczółkowski uwielbiał wytworność. Jego studenci - jeszcze w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych - wspominali, że profesor uznawał tylko "angielskie" materiały. Szył ubrania u najlepszego krawca w Krakowie, imponował doskonale dobranym krawatem, a okulary nosił tylko w złotej oprawie. Malował najlepszymi farbami Blocksa lub Rembrandta, zawsze na rzymskim płótnie. Obrazy zwykł oprawiać w oryginalne ramy "renesansowe" albo "robił" je razem z Pankiewiczem w pracowni. Patynowali ramy kwasami, na koniec strzelając drobnym śrutem, tak by małe dziurki udawały ślady korników.
Pod koniec życia artysta pracował niemniej intensywnie niż za młodu, jakby nie odczuwał upływu czasu. Wciąż eksperymentował i szukał. Mając 80 lat, przejechał Pomorze wzdłuż i wszerz, porobił szkice i rysunki, które chciał ująć w tekę. Był bardzo niezadowolony z pracy poznańskich drukarni. Twierdził, że drukarze nie rozumieją jego wymagań, a litografia artystyczna jest im obca. W tym okresie trudno go było zadowolić. Kiedy czuł, że zabiera go "Kostusia" (tak często droczył się ze śmiercią), chciał jeszcze koniecznie pojechać do Gościeradza. Majaczyło mu się, że tam odzyska zdrowie i wrócą mu siły. Zmarł 27 grudnia 1936 r. Jego ciało złożono na cmentarzu we Wtelnie koło Gościeradza. Prawie 500 dzieł artysty żona przekazała Muzeum Okręgowemu w Bydgoszczy, które nosi jego imię. Poznańskie Muzeum Narodowe ma 90 prac na papierze i 24 obrazy (oleje i pastele), sześć jest w stałej ekspozycji m.in. "Autoportret", "Sarkofagi" i "Morskie Oko". Podarowana muzeum kolekcja rekwizytów została mocno zniszczona podczas II wojny światowej, ocalałe obiekty oglądaliśmy dwa lata temu na wystawie "Cenne przedmioty ze zbiorów Leona Wyczółkowskiego" w Muzeum Sztuk Użytkowych na Górze Przemysła.
Dworek w Gościeradzu dziś jest własnością prywatną, w parku nie ma śladu po dawnych alejkach. Tylko najstarsi mieszkańcy wsi, którzy byli dziećmi w tamtych czasach, pamiętają wysoką postać artysty, okrytą długim płaszczem. W kapeluszu na głowie, ze sztalugami w ręku chodził na pola malować.
Korzystałam z prac: "Leon Wyczółkowski, Listy i wspomnienia", Ossolineum, Wrocław 1960 i "Rocznik Kulturalny Pomorza i Kujaw", tom X (1977-78), Kujawsko-Pomorskie Towarzystwo Kulturalne w Bydgoszczy
Iwona Torbicka
(źródło: http://www.gazeta.pl)
|
|
| |
|
|
 |
|
|
 |
| MEDIA O POZNANIU |  |
| Moderus Gamma - tramwaj dla Poznania?
| |
Moderus Gamma - tak nazywa się nowy niskopodłogowy tramwaj, który swoją premierę będzie miał w 2009 r. Taki pojazd będzie prawdopodobnie woził poznaniaków, bo wyprodukuje go spółka córka MPK |
|
|
|
|
 |
 |
 |
|
 |
|
|
 |
|
|